RSS
 

kawowy potencjał dnia

15 mar

Tyle razy sobie powtarzam, że zacznę znowu tutaj pisać, że będę w to miejsce pluła regularnie, idąc za radą pani psycholog która stanowczo naciskała żebym nauczyła się wyrzucać z siebie emocje, szczególnie złość. Przychodzi mi to problematycznie – nie ukrywam, po naszej terapii, owszem, parę razy nawet udało się szczerze i wylewnie się wkurwić. Niestety od tych wizyt minęło już parę miesięcy, i znowu zostałam sama ze swoją upartą głową, która nadal by chciała działać autodestrukcyjnie. W każdym razie staram się pracować nad tym wkurwianiem, i liczę na to że dalsze spotkania z panią psycholog nie będą potrzebne. Mimo wszystko, te spotkania okazały się bardzo ciekawe. Przed pójściem na pierwsze, byłam nastawiona „oj, nie uda ci się mnie przejrzeć kobieto, znam te wasze sztuczki”, i co? oczywiście poległam. Poległam w tym sensie, że pani psycholog na pierwszym spotkaniu doprowadziła mnie do słonych łez, których, jak sobie obiecałam, już nigdy nie uronić. Osobliwe poczucie słabości wobec niej, nagości, ale zarazem poczucia bezpieczeństwa, wynikającego z faktu że mogę sobie być świrem, nie udając niczego innego.

Jestem zatem, zdiagnozowanym przypadkiem depresji lękowej, z którą walczę już od roku. Myślałam że moje leczenie będzie obejmowało jedynie uspokojenie moje podłego stanu, zaleczenie, a później – heja – trzeba sobie jakoś radzić. Tymczasem okazało się że mój stan był tak ciężki, czego dowiedziałam się niedawno, już w luźniejszej rozmowie z psychiatrą, że nie ma mowy o zaprzestaniu zażywania tabletek szczęścia. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, w jaki tak naprawdę stanie byłam, pewnie dlatego że prawie nic nie pamiętam z tego okresu, który trwał około miesiąca. Pamiętam tylko panikę, przenikliwą rozpacz, totalny brak sił, i przewożenie mnie z z punktu A do punktu B. Teraz chyba jest stabilnie, nawet coraz częściej zdarzają mi się sekundy radości – dziwne uczucie, doprawdy, bardzo dawno nie miałam okazji spotkać się z tą emocją. Lekarz mówi że te okresu parominutowej radości będą się wydłużać, na co czekam z niecierpliwością.

A tymczasem, mam półrocznego boksera, którego sprawiłam sobie w ramach terapii, bliskości z psem, i zajęciem głowy, czymś innym niż analizą swojego samopoczucia.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Oto jestem

05 sie

Jestem, ale czy nowa? lepsza? Trudno powiedzieć. Z pewnością nastąpił przełom w moim życiu, bolesny, ale szczerze wierzę w to że pozytywny. Od lutego walczę ze zdiagnozowaną depresją. Biorę leki, teraz już nieco słabsze. Byłam u psychologa, by ewentualnie wyeliminować leczenie farmakologiczne, ale nie czuję się gotowa na taki krok. Mam przejść terapię miesięczną, być może ona przyniesie więcej. Mimo wszystko pani psycholog postawiła ciekawą diagnozę na temat mojego stanu, do tej pory staram się to przegryźć i jakoś ułożyć w głowie. Myślę że może mieć rację. Chodzę do pracy, i walczę z demonami każdego dnia. Oczywiście jest już znacznie lepiej, można by pomyśleć że bardzo dobrze, niestety lęki mnie nie opuszczają i organizm nadal płata figle w postaci somatycznych objawów przewlekłego stresu. Szczególnie w pracy. Kiedy jestem w domu, jest ok, bo nie skupiam się na swoim ciele, i czuję się bezpiecznie, natomiast w pracy ciągle analizuję swoje ciało i nakręcam się. Czasami mam ochotę się poddać. Opuścić ręce i powiedzieć że mam najzwyczajniej dość walki samej ze sobą. Coś mnie jednak trzyma – nadzieja? że najgorsze już za mną? Mój P.? że trwa przy mnie mimo tych wszystkich jazd? To ile razem osiągnęliśmy przez ten cały rok? To że w pracy zostałam doceniona i czuję się potrzebna? Dużo by tego wymieniać. W każdym razie na pewno stałam się silniejsza i bardziej wyrozumiała w stosunku do siebie. Staram się nie trzymać „pary” w sobie. Dużo czytam. W końcu mogę okiełznać swoje myśli na tyle by móc skupić się na innym świecie. Ogólnikowo ale wracam.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

sensacyjne styczniowe przełamania

10 lut

Może powinnam tutaj zacząć znowu regularnie wyrzygiwać swoje wnętrzności? Być może wtedy by mi było lepiej. Pani psycholog rzeczywiście pojawiła się po raz drugi, dzisiaj. Powtarzając generalnie to samo co ostatnio, ale ja byłam znacznie bardziej szczęśliwa – przynajmniej taka starałam się być, chroniąc się nogami i rękami by nie zostać zdiagnozowana jako pierdolnięta. Czekam jeszcze na wyniki z holtera, który z pewnością potwierdzi mój znakomity stan zdrowia, jak wszystkie poprzednie badania. A ja panicznie boję się wracać do pracy by znowu w połowie dnia nie musieć dzwonić po pomoc i po zastępstwo. Mam nadzieję że nie wypuszczą mnie stąd bez żadnego zaopatrzenia farmakologicznego. Muszę wracać do świata, muszę pracować, i chcę znowu się kurwa cieszyć tym że mieszkamy razem i że chodzą codziennie do pracy którą naprawdę lubię, bez żadnych dodatkowych atrakcji z poziomu mojego zdrowia. W każdym razie jutro mnie wypuszczają, ale do końca tygodnia zostaję w domu by zadbać o swoją higienę psychiczną.

Poza tym objadam się gigantycznymi ilościami słodyczy, w postaci czekolady, czekolady nadziewanej, batoników typu „Maciuś”, wafelkami, delicjami i ciastkami „Hit”. Piję hektolitry „Kubusia” i staram się nie mieć wyrzutów sumienia, powtarzając sobie że już od jutra wszystko wróci do normy.

Nawet mi się chyba trochę seksu chce.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Szpital

09 lut

Tytuł notki mówi wszystko. Tak, po półrocznej sielance – wylądowałam w szpitalu. Szpital natomiast nie wie co mi dolega. Jestem już tutaj tydzień, po wszystkich możliwych badaniach, łącznie z dentystą. I co? Wyniki wszystkie idealne, a mi od niemal miesiąca regularnie kręci się w głowie i z minuty na minutę, bez zbędnych ostrzeżeń – robi się słabo.W pracy dwa razy, więc uznałam że nie ma co nadal być twardzielem i ciągnąć to przedstawienie. Korzystając z możliwości jakie daje posiadanie rodziny w służbie zdrowia, ulokowali mnie w szpitalu aby szybko i sprawnie ocenić co mi dolega. Szybko i sprawnie ciągnie się, jak już wspominałam, tydzień.  Z uwagi na to iż wyniki wszystkie są idealne podejrzenie pada na moją psychikę. Niestety konsultacja z panią psycholog przyniosła tyle co zeszłoroczny śnieg. Rady w postaci tego by podczas zdenerwowania wziąć dziesięć głębokich oddechów i myśleć że wszystko jest zajebiście, jakoś nie zrobiły na mnie wrażenia. W grę wchodzi jeszcze nerwica, która ponoć daje objawy takie których nie jesteśmy w stanie określić na podstawie badań, a może ona rozpieprzyć organizm na wszystkie strony. Generalnie wolałabym jednak usłyszeć że to wstępnie podejrzewana tarczyca, zator płucny bądź ucisk na rdzeń kręgowy. Nerwica? Hmmm to jest gorzej zaakceptować. A jeżeli tak ma być to niech dadzą jakieś fajne uspokajacze i do domu. Dobija mnie atmosfera tego miejsca, gdzie codziennie rano trwa nietypowa rywalizacja o to komu większą wartość cukru pokaże glukometr. Natomiast nocami krzyczą panie i panowie których ewidentnie przerasta sytuacja bycia w tym miejscu. Muszę jednak wspomnieć że jedzenie, wbrew temu jaka panuje społeczna opinia, jest zajebiste. Wyjdę stąd z pewnością szersza o parę centymetrów tu i ówdzie. Dzisiaj na obiad – makaron z mięsem i warzywami… ahhh….

I tak…. miałam robić karierę, nawet prawie dostałam podwyżkę i nowy obowiązek. Dwa dni przed przedłużeniem umowy, wylądowałam tutaj. Super. A pani psycholog mówi – nie ma się czym martwić, przecież wszystko jest zajebiście. Ciekawe czy dzisiaj też mnie odwiedzi, tak jak zapowiadała. W każdym razie już chcę do domu, do moje łóżka.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

teelight

26 gru

Dawno mnie tutaj nie było, ale oczywiście że pamiętałam. Rytm dnia powoduje brak czasu na intymne refleksje w postaci wyduszenia z siebie parę inteligentnych słów. Ale ten rytm opłaca się coraz bardziej. Było parę gorszych dni, ale też wiele dobrych. W pracy, przed świętami, zasugerowano mi że moja umowa zostanie przedłużona i tym samym stanę się osobą ze stałym zatrudnieniem – wow – ZE STAŁYM ZATRUDNIENIEM – jak to brzmi? A jeszcze do niedawna była marginesem społeczeństwa uzależnionym od wszystkich wokół, tylko nie od siebie. Mimo wszystko nie oznacza to, że mogę sobie popuścić, wręcz przeciwnie, czeka mnie większa mobilizacja i wykorzystanie przede wszystkim zebranych do tej pory umiejętności handlowo psychologicznych, w kierunku do klienta…. Czas przed świąteczny dał ostro w dupę, byłam całymi dniami na stoisku, obsługując dziennie setki klientów którzy wymagali by ich traktowano jako najważniejszych na całym świecie, i chcieliby by z każdym osobno pożartować i połechtać się mentalnie – na co zupełnie nie było czasu, ogień z dupy i tyle. Bo jak to lubi być – wszyscy zostawiają największe zakupy na ostatnią chwilę, i mają pretensje że mam tylko dwie ręce i jedną głowę. Aczkolwiek, jestem zadowolona. Bardzo dobra praca, spoko szefowa, spoko miejsce, spoko ludzie wokół. W domu spędzamy święta w końcu tak jak zawsze chcieliśmy – bez choinki, bez tandetnych światełek, po prostu w świętym spokoju. Tak jak chcemy, tak jak lubimy. Pierwsze święta w naszym mieszkaniu, razem. Coś pięknego. Siedzę sobie w ten dzień, w niebieskim szlafroku w stokrotki, pod fioletowym polarowym kocem, odmóżdżam się oglądając „Z kamerą u Kardashianów” i piję herbatę w mojej wielkiej półlitrowej szklanej filiżance z limonką w syropie, i czuję mega spokój…. nic nie muszę, nigdzie się nie spieszę. Wigilię zaliczyliśmy u rodziców, dostaliśmy wałówę na najbliższe trzy miesiące (niemożliwością jest przejedzenie tego wcześniej) i generalnie dzisiaj już naprawdę odpoczywamy. Zasłużenie. Ponad to mamy niezły napływ „lewej” gotówki i po świętach mamy zamiar zrobić mega zakupu w postaci deszczownicy do prysznica, dywanów, naklejek welurowych na ściany w sypialni i salonie, oraz dzbanek szklany na podgrzewaczu, by jak już spadnie śnieg, móc się delektować zawsze ciepłą herbatą.  A! i mamy kominek … piękny, w stylu wiktoriańskim, przed nim stoi fotel, i mogę tam uciekać przed świtem i czytać książki. Jest dobrze.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS